Handlarz płakał jak sprzedawał

Kupiłem używany samochód, potrzebowałem go do pracy. Handlarz opowiadał jaka to igła, jaki cudowny silnik nie do zajechania. Na pierwszy rzut oka widać było, że sporo mu brakuje do stanu, jaki widział sprzedawca. Mam kolegę lakiernika, któremu wysłałem zdjęcia samochodu  podczas oględzin. Powiedział, że takie rysy i wgniecenia zrobi mi po kosztach. Mechanicznie wydawało się wszystko ok. Podpisałem umowę, zapłaciłem za samochód i ruszyliśmy w drogę powrotną. Do przejechania mieliśmy sto kilometrów. Po około połowie drogi coś zaczęło niepokojącego się dziać z silnikiem. Nie jestem mechanikiem, nie znam się do końca. Samochód odmówił posłuszeństwa, załadowaliśmy na lawetę i pojechaliśmy na warsztat do mechanika, z którym kupowałem samochód. Mechanik szybko ocenił, że samochód to totalny złom, wyszły ukryte wady, o których nie mogliśmy wiedzieć zanim nie zajrzeliśmy „głębiej” w silnik.

Zadzwoniłem do handlarza, powiedziałem co i jak, zażądałem zwrotu pieniędzy. Wyśmiał mnie i powiedział, że widziałem co kupuje. Powiedziałem, że tak tego nie zostawię, w końcu samochód kosztował prawie pięćdziesiąt tysięcy. Zagroziłem, że wezmę rzeczoznawcę i założę mu sprawę w sądzie. Wiedział, że by przegrał, więc chciał żebyśmy mu odwieźli to auto. Byłem tak wściekły, że kazałem mu po to przyjechać samemu, zwrócić nam za lawetę i pracę mojego mechanika, który pół dnia grzebał w tym złomie inaczej naprawdę spotkamy się w sądzie.

Następnego dnia przyjechał, zabrał samochód, oddał kasę, wszystko było elegancko rozliczone. Całe szczęście, że nie zgodziłem się wpisać na umowie kwoty o połowę niższej niż faktycznie zapłaciłem, bo dopiero byłbym stratny.

Komentarze

Masz historię, która powinna znaleźć się na tej stronie? Napisz do nas!

Imię

E-mail *

Wiadomość *